Bawi mnie oglądanie prac wygrywających głośne, polskie konkursy.

Jestem wręcz kibicem-fanem zabaw jakie serwują nam jurorzy niektórych super fajnych konkursów.
Na łopatki rozkładają mnie prace wykonane w ciągu 30 minut w stylu różowej świnki na czarnej apli, kwadratów w białym trójkącie, pełne przedrukowanych pomysłów z zachodu lub udziwnień ponad miarę w poszukiwaniu oryginalności.
Niczym nie ujmując artystom.
Właśnie zauważyłem konkurs wystawiony przez Urząd Patentowy :

"Tematyka prac konkursowych powinna odzwierciedlać istotne znaczenie ochrony własności intelektualnej dla rozwoju Polski jako członka Unii Europejskiej."

Wspólnie z małżonką, doszliśmy do wniosku, że trzeba by nam zrobić plakat, na którym orzeł polski napieprza krzyżem złodzieja (takiego w przepasce z dziurkami na oczy i w kaszkiecie) sięgającego po mózg.
Obserwując prace laureatów niektórych konkursów dochodzę do wniosku, że właśnie taki plakat miałby duże szanse na wygraną.

 

Wczoraj wracałem do domu późno w nocy. Podniosła się gęsta mgła i widoczność nie była najlepsza. Kiedy mijałem nadjeżdżający z przeciwka autobus przez ułamek sekundy byłem świadkiem niezwykłego zdarzenia. Światło reflektora autobusu wpadło w zalegającą w koleinie wodę i rozbiło się w niezliczoną ilość promieni. Miliony linii światła oświetliły kropelki mgły i przestrzeń przede mną zmieniła się w ścianę wibrującego światła. Nie trzeba być grafikiem, żeby taki widok człowieka olśnił. No właśnie. Na kim taki widok robi wrażenie? Są ludzie, którzy obok rzeczy najbardziej zachwycających są w stanie przejść obok bez słowa. Są tacy, którzy zachwycą się torebką wirującą na wietrze. Inspiracja to kapryśna dama – płynie z tam do tu, z teraz do gdzieś. Praca kreatywna odbywa się przecież głównie poza stanowiskiem pracy, jak ją więc przeliczać na pieniądze? Mogę siedzieć przed tabletem godzinami a i tak nie wpadnę na pomysł logotypu. Ten z kolei przyjdzie do mnie w najmniej oczekiwanym momencie: przy goleniu, w tramwaju czy na siłowni. Czasem więc zamiast męczyć się i pocić przy biurku, biorę psa na spacer, oglądam film czy idę spać. Z reguły działa to lepiej niż jakikolwiek przymus, nerwowe tupanie nogą klienta czy accounta. Myślę, że czasem warto, nawet ze swoją stratą, przekonywać ludzi do tego, że projektanci, graficy nie sprzedają mięsa czy warzyw, ale idee a te nie biorą się z hurtowni tylko z przestrzeni. Teraz są, jutro ich nie ma. Wymuszone są do bani, przesiedziane są do bani. To troche jak z łowieniem ryb – trzeba być cierpliwym ale kiedy ryba „bierze” trzeba reagować bardzo szybko. Jeśli przegapisz „złoty moment” ryba ucieknie, pomysł przepadnie. Udanego polowania życzę Wam i sobie.

 

Wstydu nie szczędź. Oglądałem ostatnio port folia ludzi z digiart.pl. Ludzi nie byle jakich, bo znanych w „branży”. Moje wrażenia były mieszane. Większość rozwiązań, które mieli w portfolio, widziałem już wiele razy na logopond.com u designerów zza wschodniej granicy, lub na graphic-exchangu. Wszystko już było, ba, sam nie mam nic oryginalnego swojej galerii. No więc powstała dyskusja z serii „ile bierzecie za taki projekt”. Proponowane widełki rozjechały się już po kilku postach od 1000 do 10.000 złotych netto. Rozumiem, że trzeba mierzyć siły na zamiary ale tu aż coś wewnątrz strzela jak widzę faceta wołającego 10.000 za projekt Visual ID dla małej firmy a potem wchodzę na jego portfolio i widzę prace rżnięte z zachodu. I co teraz?

Czasy takie nastały, że wszystko już było a nowe wartości są albo nie przyswajalne dla „zwykłych ludzi” albo nie rozpoznawalne przez „wybrańców”. Mielą się ci komercyjno wyuzdani projektanci w papce własnych plagiatów, tworząc zlepki z „przeglądu tygodnia” i sprzedając je wesoło uśmiechniętym klientom.

„Rżnij równo bracie, tylko się pilnuj, żeby cię nie przyuważyli ci co to robili”. Kiedyś pewien znany Pan Artysta mi właśnie taką radę sprzedał. No to może tak trzeba? Skoro inni tak robią?

A może po prostu jutro pójdę do pracy i przestanę się tym w ogóle przejmować. Poprawność polityczna u artysty to znak wypalenia.

 
Tak mi się jakoś życie ułożyło, że musiałem opanować obydwa te programy w stopniu pozwalającym na swobodne prace projektowe i przygotowania związane z drukiem. Tym samym, stałem się widzem dwóch frontów odwiecznej batalii miedzy zwolennikami obydwu pakietów. Co o tym sądzę? W zasadzie niewiele. I w jednym i w drugim programie pracowało mi się równie dobrze.
 

Przez kilka ostatnich miesięcy miałem przyjemność współpracować z firmą Fastline Sp. Z o.o. Wspomniana agencja porusza się w dość charakterystycznej gałęzi branży reklamowej jaką jest reklama medyczna. Szybko przekonałem się, że ten dział reklamy kieruje się bardzo specyficznym systemem kodowania informacji wizualnych, posiada silnie zakorzenione w mentalności Product Managerów trendy i szablony estetyczne. Praca w dziale medycznym bywa ciasna.